Maseczkowe dylematy

Aktualności

Maseczkowe dylematy

 

Sądząc po skali oporu, z jakim wielu adwentystów podchodzi do obowiązku zakrywania ust i nosa, można odnieść wrażenie, że zaczęły się już prześladowania wierzących przez sprzymierzoną z Babilonem władzę. Zatem tylko przypomnę, że apokaliptyczny znak bestii ma być na czole i prawej ręce, a nie na ustach i nosie.

W dniu 8 sierpnia, w obliczu znacznego przyrostu zakażeń koronawirusem, uległy zaostrzeniu państwowe przepisy epidemiczne. Jak zwykle nasz Kościół niezwłocznie przygotował stosowny komunikat, gdyż przepisy te dotyczą również wspólnot religijnych. Krótko mówiąc, ograniczono zakres wyjątków od obowiązku zakrywania ust i nosa w obiektach kultowych. A jeszcze krócej – nie wystarczy już powiedzieć: „Nie będę niczego nosił na twarzy, bo mi to szkodzi. I nic ci do tego”. Tego wyjątku już nie ma. Tylko bardzo nieliczni mają jeszcze prawo nie zakrywać w kościołach twarzy, ale muszą to udokumentować. Zbory otrzymały ten komunikat z pewnym wyprzedzeniem, żeby od kolejnej soboty móc się do niego dostosować. I właśnie wtedy zawitałem do jednego z największych zborów w Polsce.

Co zobaczyłem? Połowa uczestników nabożeństwa nie miała ani maseczek, ani przyłbic, włączając w to niektórych członków rady zboru. Nawet podczas ogłoszeń nie poinformowano wyznawców o nowym komunikacie i zmianie w przepisach. Ograniczono się tylko do przekazania, że na tablicy ogłoszeń znajdują się pewne nowe informacje i każdy, kto chce, może się z nimi zapoznać. Jak znam życie, zapewne skończyło się na tym, że prawie nikt tego nie zrobił.

W komunikacie Zarządu Kościoła (we wcześniejszych podobnie) było też zalecenie utrzymywania półtorametrowego dystansu, zwłaszcza od osób, które nie zakrywają twarzy. I co? Osoby bez maseczek bez skrępowania i pytania, czy mogą to zrobić, siadały tuż obok osób w maseczkach. Oznacza to, że ci, którym nie zależy na cudzym zdrowiu, siadali obok tych, którzy dbają o zdrowie innych. Ale czego można się spodziewać, skoro nikt nie zadbał o zmniejszenie liczby krzeseł i oddalenie ich od siebie, by nie dochodziło do takich sytuacji? Czego żądać, kiedy trójka prowadząca pierwszą część nabożeństwa śpiewała na podium przyklejona do siebie ramię w ramię, bo śpiewali z jednego śpiewnika – gdy wiadomo, że największa emisja aerozolu wydechowego ma miejsce między innymi podczas śpiewania? Prowadzący nabożeństwo nie muszą zakrywać ust i nosa w czasie sprawowania tej czynności, ale niech przynajmniej trzymają zalecany w komunikatach kościelnych dystans. Przykład idzie z góry, w tym przypadku z podium.

Z innych zaobserwowanych w różnych kaplicach sytuacji warto wspomnieć o tym, że nadal niemal wszyscy na powitanie wyciągają rękę do uściśnięcia. Gdy druga osoba zwija dłoń w pięść, wysuwa łokieć lub w ogóle nie podaje ręki, spotyka się co najmniej ze zdziwieniem. Zdarzają się też komentarze: „No co ty? Nie wygłupiaj się!”. Widziałem również wchodzących do kaplicy ludzi bez zasłoniętych ust i nosa, za to z butelkami wody, bo przecież zdrowie (własne) jest najważniejsze. Słyszę o małych kaplicach wypełnionych po brzegi wyznawcami,  a więc siedzących bez żadnego dystansu  i w większości bez maseczek.

Niektórzy duchowni próbują reagować na ten stan rzeczy. I co słyszymy? Że Kościół z tymi swoimi koronawirusowymi regulacjami został wciągnięty w spisek ciemnych sił masońsko-polityczno-biznesowych; że został zmanipulowany. Odpowiadam. Nawet jeśli to prawda – choć nie uważamy tak ani ja, ani Zarząd Kościoła w Polsce, ani władze Wydziału Transeuropejskiego w Anglii, ani władze Generalnej Konferencji w USA – to nie nasz Kościół zostałby zmanipulowany, ale polskie Ministerstwo Zdrowia i polska Rada Ministrów, gdyż nasze kościelne przepisy opierają się na wydawanych przez rząd rozporządzeniach, na polskim prawie. Prawie, którego mamy przestrzegać. Przypomnę jeden z przepisów ustawy z 1995 roku o stosunku Państwa do Kościoła Adwentystów Dnia Siódmego w RP: „W sprawach odnoszących się do Kościoła, nieuregulowanych w ustawie, stosuje się powszechnie obowiązujące przepisy prawa” (art. 1 ust. 2). Zatem nie jest to nasze widzimisię, ale obowiązek prawny. Dopóki prawo państwowe nie wzywa nas do łamania prawa Bożego, mamy obowiązek go przestrzegać. Nie wolno nam uchylać się od nałożonych przez nie obowiązków, zasłaniając się osobistym przekonaniem o jego niesłuszności. W tym przypadku obowiązuje raczej starorzymska zasada: dura lex sed lex – twarde prawo, lecz prawo.

Jeśli do jakiegoś adwentysty nie przemawia argument o konieczności przestrzegania nie tylko rozporządzeń rządu, ale i ustawy regulującej sytuację prawną naszego własnego Kościoła, to powiem tylko tyle, że łamiąc te przepisy, traci on moralne prawo do powoływania się na inny przepis tej samej ustawy – nakładający na pracodawców obowiązek zwalniania adwentystów od pracy na czas obchodzenia przez nich święta adwentystycznego, którym jest sobota, liczonego od zachodu słońca w piątek do zachodu słońca w sobotę (por. art. 11). Czy to moralne oczekiwać od kogoś na gruncie tej ustawy przestrzegania jednych przepisów, podczas gdy samemu łamie się inne?

A skoro o moralności mowa, to jej zakres wyznacza nam głównie Pismo Święte. Mógłbym tu wprost zacytować 13. rozdział Listu do Rzymian – ten o władzy, ale dla uplastycznienia obrazu sparafrazuję jedynie stosowny fragment, dostosowując go do współczesności. Gdyby zatem dziś apostoł Paweł miał napisać o relacji do rządzących i ich praw, prawdopodobnie brzmiałoby to mniej więcej następująco: Poddawajmy się im nie tylko z obawy przed karą, lecz także ze względu na sumienie. Dlatego też płaćcie podatki i noście maseczki, gdyż są sługami Bożymi po to, aby tego właśnie strzegli (por. Rz 13,6-7).

Martwi mnie, że w naszych zborach istnieje tak wiele wewnętrznych podziałów – również na tym tle. Nie trzeba wszędzie bywać, by to widzieć; wystarczy zobaczyć, co adwentyści z różnych miejsc publikują w mediach społecznościowych, z jak bardzo mało wiarygodnych źródeł czerpią informacje, często w ogóle ich nie sprawdzając.

A tymczasem – jak przeczytamy w artykule okładkowym – „zwiedzenia i celowa dezinformacja” osiągnęły obecnie „tak zdumiewający poziom, iż niemal niemożliwe stało się odróżnienie fałszu od prawdy”. Musimy być bardzo ostrożni, by nie powielać – nawet w dobrych intencjach – fałszywych informacji. We wspomnianym artykule czytamy dalej: „Teorie spiskowe mogą podrywać zaufanie i niszczyć tkankę społeczną. (…) Jezus nie głosił teorii spiskowych. Miał inne priorytety – głoszenie Królestwa Bożego oraz zbawienia. Kładł nacisk na dobrą nowinę, a nie złe nowiny”.

Epidemia koronawirusa oraz niedawne wybory prezydenckie wzmogły wśród nas podziały, pogłębiły rowy dzielące jednych od drugich. I  nie piszę teraz tylko o naszym kraju, ale o naszym Kościele, do którego te krajowe podziały przenikają. W artykule pt. Toksyczna plemienność czytamy, że przejawia się ona „w niezachwianej lojalności wobec własnej grupy [ludzi o podobnych poglądach – dop. red.], zazwyczaj ze szkodą dla innych osób i grup”. Zasadnicze założenia plemienności to według autora artykułu poczucie wyższości własnej grupy, specjalnej tożsamości i dumy. Jezus głosi coś diametralnie innego – wzywa uczniów do jedności. To dzięki niej świat ma w nas rozpoznać uczniów Jezusa, a przez nas zapoznać się z ewangelią. Na razie idzie nam z tym w Polsce jak po grudzie – ale jak ma iść, gdy jedni mówią, że nie przyjdą na nabożeństwo, gdy inni nie będą nosić maseczek, a drudzy, że dopóki będzie trzeba je nosić, nie pojawią się we zborze…

 Andrzej Siciński, Felieton z czasopisma Głos Adwentu


Leave a Comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *